Sięgnęłam po tę książkę zachęcona recenzjami filmu powstałego na jej podstawie, nie zawiodłam się choć styl autorek nieco mnie raził, jednak treść jest fascynująca. Czytałam wiele recenzji, zarówno książki jak i filmu, i zaskakiwały mnie opinie, że historia Nanny jest wyssana z palca, nierealna, naciągana, że nie ma takich rodziców. Właśnie że są, sami takich spotykacie, tylko nie znając rodziny, nie spędzając z nią tyle czasu nie dostrzega się tego przedmiotowego traktowania, nie tylko dzieci, ale i ich opiekunek. Nie dzieje się tak tylko w Ameryce, u nas w Polsce też są ojcowie, którym się wydaje, że pieniądze to wszystko, matki, które mają tyle spotkań, zajęć, że nie pracując zawodowo nie są w stanie nie tylko opiekować się swoimi dziećmi, ale również okazać im czułości, zainteresowania, poświęcić im trochę czasu.
Czytałam "Nianię..." i widziałam te sceny z małym Grayerem, histerycznie płaczącym, garnącym się do obcej kobiety, szukającym aprobaty u nieobecnego ojca. Nanny, która ma sobie dorobić staje się dla dziecka całym światem, jest jego ostoją, zapewnia mu nie tylko podstawową opiekę ale daje mu miłość, poczucie bezpieczeństwa. Życie dziecka staje się stabilniejsze, uporządkowane, jednak małostkowość i egoizm zadufanej w sobie matki znów niszczą świat chłopca. Bo w tym środowisku nie liczy się dziecko, a jedynie pozory, blichtr i konieczność imponowania koleżankom.
"Niania..." porusza kolejny problem cywilizacyjny, gdzie dziecko to tylko moda, dzieckiem można się chwalić, fajnie go ubrać, zapisywać na kolejne zajęcia, a później schować w pokoju, pod opieka obcych, żeby nie brudziło, nie przeszkadzało. Dzieci potrzebne od zaraz z funkcją automatycznego wyłączania po skończonej prezentacji!
Teraz czytam...
"Kiedy odszedłeś" Jojo Moyes
"Szeptucha" Katarzyna Berenika Miszczuk
"Szeptucha" Katarzyna Berenika Miszczuk
niedziela, 8 września 2013
czwartek, 5 września 2013
Cieślakowie...
Druga część "Cukierni pod Amorem" znów mnie wciągnęła w losy rodziny Zajezierskich. Podobnie jak wcześniejszą książkę, tą też bardzo dobrze się czyta. Poznajemy dalsze dzieje Zajezierskich i rozwinięty wątek panien Bysławskich, śledzimy odyseję Marianny Blatko i historię jej życia w Ameryce, poznajemy rodzinę Cieślaków, których losy nieuchronnie zmierzają do splecenia z losami Zajezierskich.
Mnie jednak najbardziej urzekła postać Giny Toroszyn, jej sylwetka bardzo wyraźnie nakreślona przez autorkę przyciąga uwagę czytelnika. To bohaterka barwna, niezależna, wesoła, a przy wszystkich swoich zaletach jeszcze uparta, samowolna i bezpruderyjna. Popełnia "zawodowy mezalians" - pragnie zostać aktorką, niezłomny charakter i samozaparcie, bardzo szybko pozwalają zrealizować to marzenie. Szlachcianka zostaje aktorką, czuje się na deskach jak ryba w wodzie, odnosi sukcesy co przekłada się na finanse, zarabia dobrze i pomaga matce odbudować rodzinny majątek Mimo pokus, które niesie za sobą środowisko artystycznej bohemy, Gina wiedzie życie trochę z boku, pragnie spokoju, rodzinnego ciepła, nie wplątuje się w żadne afery ani romanse. Może ta postawa aktorki, jej dystans pozwalają rodzinie na akceptację stylu życia, który młoda kobieta wybrała. Losy Grażyny Toroszyn śmiało wystarczyłyby na oddzielną powieść.
Czytałam z zainteresowaniem i niecierpliwością oczekiwałam na rozwój wydarzeń rozgrywających się na tle I wojny światowej i barwnego dwudziestolecia międzywojennego. Równocześnie toczył się wątek poszukiwań pierścienia Gutowskich i śledztwo prowadzone przez potomkinię rodu Igę Hryć. Wydaje mi się, że ta część powieści jednak została zminimalizowana i może w kolejnej książce dowiemy się więcej o współczesnych losach rodziny. Już czekam na następną część, choć nie ukrywam zrobię sobie małą przerwę, bo nauczona doświadczeniem wiem, że jak za dużo na raz jednego autora to można się zrazić. Wolę dozować przyjemności.
Mnie jednak najbardziej urzekła postać Giny Toroszyn, jej sylwetka bardzo wyraźnie nakreślona przez autorkę przyciąga uwagę czytelnika. To bohaterka barwna, niezależna, wesoła, a przy wszystkich swoich zaletach jeszcze uparta, samowolna i bezpruderyjna. Popełnia "zawodowy mezalians" - pragnie zostać aktorką, niezłomny charakter i samozaparcie, bardzo szybko pozwalają zrealizować to marzenie. Szlachcianka zostaje aktorką, czuje się na deskach jak ryba w wodzie, odnosi sukcesy co przekłada się na finanse, zarabia dobrze i pomaga matce odbudować rodzinny majątek Mimo pokus, które niesie za sobą środowisko artystycznej bohemy, Gina wiedzie życie trochę z boku, pragnie spokoju, rodzinnego ciepła, nie wplątuje się w żadne afery ani romanse. Może ta postawa aktorki, jej dystans pozwalają rodzinie na akceptację stylu życia, który młoda kobieta wybrała. Losy Grażyny Toroszyn śmiało wystarczyłyby na oddzielną powieść.
Czytałam z zainteresowaniem i niecierpliwością oczekiwałam na rozwój wydarzeń rozgrywających się na tle I wojny światowej i barwnego dwudziestolecia międzywojennego. Równocześnie toczył się wątek poszukiwań pierścienia Gutowskich i śledztwo prowadzone przez potomkinię rodu Igę Hryć. Wydaje mi się, że ta część powieści jednak została zminimalizowana i może w kolejnej książce dowiemy się więcej o współczesnych losach rodziny. Już czekam na następną część, choć nie ukrywam zrobię sobie małą przerwę, bo nauczona doświadczeniem wiem, że jak za dużo na raz jednego autora to można się zrazić. Wolę dozować przyjemności.
środa, 4 września 2013
Tatiana i Aleksander...
Trwając w euforii i zachwycie nad "Jeźdźcem miedzianym" postanowiłam dziś skupić się na drugiej części trylogii Paulliny Simons. "Tatiana i Aleksander" to kontynuacja losów poznanych z "Jeźdźca..." bohaterów, ale jest również retrospekcją do czasów, kiedy jeszcze się nie znali. Autorka sprytnie wplata w opowieść historię młodego Aleksandra, który z rodzicami zachwyconymi ideologią komunistyczną przybywa w latach '30 do ZSRR, a także historię dzieciństwa Tatiany.
Ta książka w niczym nie ustępuje pierwszej części, akcja jest dynamiczna, interesująca, romantyczna, bohaterowie wciąż tak samo barwni i zakochani. Ja znów na kilka dni wsiąkłam w książkę i świat zewnętrzny przestał się liczyć: spędzałam wakacje z Tatianą nad jeziorem, z Aleksandrem stacjonowałam w koszarach, obserwowałam kochanków gdzieś na Uralu jak cieszą się sobą z dala od wojennej gorączki, pokonałam z Tatianą ocean, aby mogła urodzić syna na wolnej ziemi amerykańskiej. Skupienie na losach Aleksandra, żołnierza armii sowieckiej ukazuje ogrom krzywdy, bólu, niesprawiedliwości, przedmiotowego traktowania człowieka w obliczu działań wojennych. Jednostka jest niczym dla władz, każdego można zastąpić innym, można spreparować zeznania, dokumenty. Aleksander to dla mnie ideał mężczyzny, jest przystojny, szarmancki, romantyczny, a przy wszystkich zaletach potrafi też być stanowczy, odważny, momentami wręcz brutalny. Gdy czytałam książkę widziałam tego człowieka tak wyraźnie, jakby to była postać z filmu, a nie wytwór mojej wyobraźni.
To historia przepełniona bólem, tęsknotą, ale i determinacją, samozaparciem w dążeniu do osiągnięcia upragnionego celu, pokorą wobec tego co daje los, ale i walką o lepsze jutro. Piękne...
Ta książka w niczym nie ustępuje pierwszej części, akcja jest dynamiczna, interesująca, romantyczna, bohaterowie wciąż tak samo barwni i zakochani. Ja znów na kilka dni wsiąkłam w książkę i świat zewnętrzny przestał się liczyć: spędzałam wakacje z Tatianą nad jeziorem, z Aleksandrem stacjonowałam w koszarach, obserwowałam kochanków gdzieś na Uralu jak cieszą się sobą z dala od wojennej gorączki, pokonałam z Tatianą ocean, aby mogła urodzić syna na wolnej ziemi amerykańskiej. Skupienie na losach Aleksandra, żołnierza armii sowieckiej ukazuje ogrom krzywdy, bólu, niesprawiedliwości, przedmiotowego traktowania człowieka w obliczu działań wojennych. Jednostka jest niczym dla władz, każdego można zastąpić innym, można spreparować zeznania, dokumenty. Aleksander to dla mnie ideał mężczyzny, jest przystojny, szarmancki, romantyczny, a przy wszystkich zaletach potrafi też być stanowczy, odważny, momentami wręcz brutalny. Gdy czytałam książkę widziałam tego człowieka tak wyraźnie, jakby to była postać z filmu, a nie wytwór mojej wyobraźni.
To historia przepełniona bólem, tęsknotą, ale i determinacją, samozaparciem w dążeniu do osiągnięcia upragnionego celu, pokorą wobec tego co daje los, ale i walką o lepsze jutro. Piękne...
wtorek, 3 września 2013
Jeździec Miedziany...
"Jeździec Miedziany" to książka, do której wracam myślami bardzo często, moja najulubieńsza z ulubionych. Kiedyś wypatrzyłam ją w "Świecie książki", ale jakieś pół roku chodziłam obok niej bo wydawała mi się zbyt droga (pracowałam na pół etatu, odkładałam na ślub - nie było lekko). Przyszedł jednak taki moment, że postanowiłam zrobić sobie prezent i kupiłam książkę, która kusiła mnie okładką od dawna, bo to właśnie ta okładka przyciągnęła moje oczy: ciemna, mroczna, tajemnicza, z posągiem jeźdźca w błękitnej poświacie.
Nigdy nie żałowałam tego zakupu, czytałam jednym tchem, w pracy pod biurkiem, w busie, w toalecie, w domu wszystko leżało dopóki nie skończyłam czytać. A gdy skończyłam pozostał smutek, że już się skończyło.Dużo czytam, ale to była pierwsza książka, która pochłonęła mnie tak bez reszty.
Historia dwojga młodych ludzi, którzy się w sobie zakochują, taki pozornie zwyczajny romans, ale jak pięknie opowiedziany. Tłem miłości Tatiany i Aleksandra jest Petersburg ogarnięty wojenną zawieruchą, miasto piękne, wspaniałe, ale jakże niebezpieczne. Przygotowania do wojny toczą się pełną parą, Zachód pogrąża się w wirze walk, a Tatiana marzy o swym pierwszym chłopaku. Wojna wkracza do miasta, zaczyna się oblężenie, ludzie umierają nie tyle od kul co z głodu, a Tatianę trzyma przy życiu walka o rodzinę i myśl o ukochanym. Paullina Simons tą powieścią mnie zaczarowała, to chyba szczyt jej formy pisarskiej, to miłość, radość, śmierć, wojna, tęsknota i walka w jednej książce. Bohaterowie mimo, że tak okrutnie okaleczeni przez wojnę i rosyjski terror odnajdują miłość, wiarę, odnajdują siebie. Można tylko marzyć o takiej miłości.
Nigdy nie żałowałam tego zakupu, czytałam jednym tchem, w pracy pod biurkiem, w busie, w toalecie, w domu wszystko leżało dopóki nie skończyłam czytać. A gdy skończyłam pozostał smutek, że już się skończyło.Dużo czytam, ale to była pierwsza książka, która pochłonęła mnie tak bez reszty.
Historia dwojga młodych ludzi, którzy się w sobie zakochują, taki pozornie zwyczajny romans, ale jak pięknie opowiedziany. Tłem miłości Tatiany i Aleksandra jest Petersburg ogarnięty wojenną zawieruchą, miasto piękne, wspaniałe, ale jakże niebezpieczne. Przygotowania do wojny toczą się pełną parą, Zachód pogrąża się w wirze walk, a Tatiana marzy o swym pierwszym chłopaku. Wojna wkracza do miasta, zaczyna się oblężenie, ludzie umierają nie tyle od kul co z głodu, a Tatianę trzyma przy życiu walka o rodzinę i myśl o ukochanym. Paullina Simons tą powieścią mnie zaczarowała, to chyba szczyt jej formy pisarskiej, to miłość, radość, śmierć, wojna, tęsknota i walka w jednej książce. Bohaterowie mimo, że tak okrutnie okaleczeni przez wojnę i rosyjski terror odnajdują miłość, wiarę, odnajdują siebie. Można tylko marzyć o takiej miłości.
...no to do szkoły dzieciaki
Dziś pierwszy dzień zajęć szkolnych, ale uciekły te wakacje. Młody zaczyna pierwszą klasę i dziś już od szóstej terroryzował nas, kiedy idziemy do szkoły i czy Pani już tam na niego czeka. Ciekawe ile potrwa ten jego zapał do nauki, mam uzasadnione obawy, że raczej niedługo.
Zakupy szkolne pochłonęły majątek, same podręczniki dla dwójki dzieci w szkole podstawowej to około 700 zł. Dobrze, że finansowo raczej sobie dajemy radę, a co mają powiedzieć ci rodzice, którzy na miesiąc mają około 2000,-. Przecież poza podręcznikami trzeba kupić przybory szkolne, tornistry, coś z odzieży, bo po wakacjach zwykle ubrania się kurczą - nie wiem czy od słońca? Córka nie, ale Młody to rośnie w zatrważającym tempie, spodnie, bluzki dosłownie kurczą się po trzech, czterech praniach. Jeszcze dojdą inne wydatki, które dochodzą po pierwszym spotkaniu klasowym rodziców: ubezpieczenia, komitety, klasowe.
Szkoła też nas nie podbudowała, tyle zachodu było o dodatkową salę, aby wszyscy mieli lekcje rano, a i tak trzecia klasa ma dwa razy na południe, więc dostanie Lolcia klucze i będzie wychodzić do szkoły sama. Zacznie się nauka samodzielności, bo nie ma innego wyjścia.
Jednak zazdroszczę dzieciakom szkoły, tej beztroski, tego czasu zabawy i braku problemów. Nie doceniamy tego co mamy, dopiero jak to tracimy, dorastamy, sami zaczynamy być rodzicami patrzymy z nostalgią na czasy nauki w szkole.
Zakupy szkolne pochłonęły majątek, same podręczniki dla dwójki dzieci w szkole podstawowej to około 700 zł. Dobrze, że finansowo raczej sobie dajemy radę, a co mają powiedzieć ci rodzice, którzy na miesiąc mają około 2000,-. Przecież poza podręcznikami trzeba kupić przybory szkolne, tornistry, coś z odzieży, bo po wakacjach zwykle ubrania się kurczą - nie wiem czy od słońca? Córka nie, ale Młody to rośnie w zatrważającym tempie, spodnie, bluzki dosłownie kurczą się po trzech, czterech praniach. Jeszcze dojdą inne wydatki, które dochodzą po pierwszym spotkaniu klasowym rodziców: ubezpieczenia, komitety, klasowe.
Szkoła też nas nie podbudowała, tyle zachodu było o dodatkową salę, aby wszyscy mieli lekcje rano, a i tak trzecia klasa ma dwa razy na południe, więc dostanie Lolcia klucze i będzie wychodzić do szkoły sama. Zacznie się nauka samodzielności, bo nie ma innego wyjścia.
Jednak zazdroszczę dzieciakom szkoły, tej beztroski, tego czasu zabawy i braku problemów. Nie doceniamy tego co mamy, dopiero jak to tracimy, dorastamy, sami zaczynamy być rodzicami patrzymy z nostalgią na czasy nauki w szkole.
piątek, 30 sierpnia 2013
godzina pąsowej róży...
Dziś znów książka z mojej wczesnej młodości, to "Godzina pąsowej róży" Marii Kruger. Jest to jedna z tych książek, do której wracałem niejednokrotnie, do momentu aż ją komuś pożyczyłam i już nie dostałam z powrotem. Pamiętam kto to był, niestety nie utrzymuję już z tą osobą kontaktów, więc nie odzyskam książki. Ale kupię ją Młodym niech kiedyś tez poczytają, a i sama pewnie po nią jeszcze sięgnę.
Książka opowiada o nastoletniej Ani, która w magicznej godzinie cofa czas na zabytkowym zegarze i z Warszawy lat '50 trafia do drugiej połowy XIX w. Przez barwną epokę przeprowadza ją babka-ciotka Eleonora żyjąca w tamtych czasach, która nie chce pozwolić dziewczynie wrócić do przyszłości. Zderzenie dwóch tak różnych epok wywołuje wiele zabawnych sytuacji, dzięki którym czytelnik świetnie się bawi, a kolejne próby manipulowania czasem przez bohaterkę, doprowadzają do postrzegania jej przez rodzinę jako osobę niestabilną emocjonalnie. Fabuła zbudowana przez autorkę wciąga czytelnika, a opisy ówczesnego życia niezwykle barwnie pokazują minioną epokę.
W TVP oglądałam też film z lat '60 zrobiony na podstawie książki i choć zakończenie nieco rozminęło się z oryginałem, to naprawdę dobra ekranizacja niebanalnej historii, z zachowaniem dbałości o szczegóły zarówno scenografii jak i treści. Film zrobiony w starym stylu, bez efektów specjalnych, bez retuszów i komputerowej obróbki, a jednak tak przyjemny do zobaczenia. Młodzi też widzieli fragment i naprawdę ich zaciekawiło, więc po książkę może też kiedyś sięgną?
Książka opowiada o nastoletniej Ani, która w magicznej godzinie cofa czas na zabytkowym zegarze i z Warszawy lat '50 trafia do drugiej połowy XIX w. Przez barwną epokę przeprowadza ją babka-ciotka Eleonora żyjąca w tamtych czasach, która nie chce pozwolić dziewczynie wrócić do przyszłości. Zderzenie dwóch tak różnych epok wywołuje wiele zabawnych sytuacji, dzięki którym czytelnik świetnie się bawi, a kolejne próby manipulowania czasem przez bohaterkę, doprowadzają do postrzegania jej przez rodzinę jako osobę niestabilną emocjonalnie. Fabuła zbudowana przez autorkę wciąga czytelnika, a opisy ówczesnego życia niezwykle barwnie pokazują minioną epokę.
W TVP oglądałam też film z lat '60 zrobiony na podstawie książki i choć zakończenie nieco rozminęło się z oryginałem, to naprawdę dobra ekranizacja niebanalnej historii, z zachowaniem dbałości o szczegóły zarówno scenografii jak i treści. Film zrobiony w starym stylu, bez efektów specjalnych, bez retuszów i komputerowej obróbki, a jednak tak przyjemny do zobaczenia. Młodzi też widzieli fragment i naprawdę ich zaciekawiło, więc po książkę może też kiedyś sięgną?
czwartek, 29 sierpnia 2013
...i już po wakacjach
Zleciały wakacje ani się nie obejrzałam. Pracowałam krócej, bo jak to w szkole w księgowości, więc miałam więcej czasu dla dzieci. Jednak to więcej czasu było tylko pozorne, bo starałam się odgruzować dom z całego roku - myłam okna przed urlopem, segregowałam odzież w szafach, robiłam soki i ogórki. I znów okna są do mycia, sterta ubrań w koszyku do prasowania już mnie przerosła. Ja nie wiem jak to się dzieje, że pranie i prasownie w moim domu to wręcz syzyfowa praca. Może pora wziąć kogoś do pomocy, bo teraz jak dojdzie odrabianie lekcji z dwójką dzieci to chyba już nie wyrobię. Jak zwykle jeszcze przeprawa z Łojciecem, bo On uważa, że powinnam z wszystkim dać sobie radę sama - 8 godzin w pracy, z dojazdem nie ma mnie w domu 10, lekcje z samą córką odrabiałam przez co najmniej 2 godziny dziennie, teraz jeszcze syn w pierwszej klasie, gotowanie "dziś na jutro", do tego basen, judo i angielski.
Sama widzę, że będzie to ode mnie wymagało niesamowitej organizacji i dyscypliny, aby wszystko ogarnąć. A jeszcze bieżące pranie, prasownie i sprzątanie. Gdzie w tym wszystkim JA, przecież ja nie jestem maszyną, też chcę odpocząć, poczytać, czy pobawić się z dzieciakami, chciałbym też wrócić do wieczornego kijkowania, bo kilogramy mi się odłożyły i nie chcą się wytopić. Kocham moją rodzinę, dumna jestem z nich, ale nie chciałabym być tylko matką, żoną i gosposią, która jeszcze pracuje zawodowo. Też mam swoje pasje, swoje oczekiwania i plany, które chcę realizować. Kiedyś moje dzieci dorosną, pójdą swoimi ścieżkami, nie będę im już potrzebna, nie chcę wówczas siedzieć w oknie i na nich wyglądać, chcę mieć swoje życie, aby nie wtrącać się w ich plany, nie żyć ich życiem.
Jakoś tak refleksyjnie wyszło, a miało być tylko lekko organizacyjnie, żeby jeszcze na czytanie wygospodarować trochę czasu.
Sama widzę, że będzie to ode mnie wymagało niesamowitej organizacji i dyscypliny, aby wszystko ogarnąć. A jeszcze bieżące pranie, prasownie i sprzątanie. Gdzie w tym wszystkim JA, przecież ja nie jestem maszyną, też chcę odpocząć, poczytać, czy pobawić się z dzieciakami, chciałbym też wrócić do wieczornego kijkowania, bo kilogramy mi się odłożyły i nie chcą się wytopić. Kocham moją rodzinę, dumna jestem z nich, ale nie chciałabym być tylko matką, żoną i gosposią, która jeszcze pracuje zawodowo. Też mam swoje pasje, swoje oczekiwania i plany, które chcę realizować. Kiedyś moje dzieci dorosną, pójdą swoimi ścieżkami, nie będę im już potrzebna, nie chcę wówczas siedzieć w oknie i na nich wyglądać, chcę mieć swoje życie, aby nie wtrącać się w ich plany, nie żyć ich życiem.
Jakoś tak refleksyjnie wyszło, a miało być tylko lekko organizacyjnie, żeby jeszcze na czytanie wygospodarować trochę czasu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)