Teraz czytam...

"Kiedy odszedłeś" Jojo Moyes
"Szeptucha" Katarzyna Berenika Miszczuk

czwartek, 27 kwietnia 2017

Zanim się pojawiłeś...

     Jakiś czas temu wszyscy szli do kina na "Zanim się pojawiłeś". Też chciałam pójść, bo z plakatów zachęcały twarze ulubionych aktorów. Jednak się nie udało, "jakoś tak wyszło", chyba czasowo wysiadłam. Obejrzałam film dużo później, w ogóle nie wiedziałam czego się spodziewać. Nie oglądałam zwiastunów, nie czytałam recenzji. Usiadłam pewnego dnia przed komputerem i przepadłam na prawie dwie godziny. Film mnie oczarował wszystkim: obsadą, fabułą, mistrzowską grą aktorską. Może przesadzam w pochwałach, ale dawno nic mnie tak nie wciągnęło.
     Kilka tygodni temu sięgnęłam po książkę, bo uważam, że książki są lepsze od filmów i nie zawiodłam się. Pisać o fabule nie będę, bo większość ją zna, a kto jeszcze nie zna, to na pewno warto aby poznał.
Książka nie zawiodła moich oczekiwań, i choć nie zostawiła wiele dla wyobraźni, bo z jej kart wyglądały na mnie twarze Emilii Clark i Sama Claflina, czytało się ją rewelacyjnie. Piękna, smutna, wzruszająca.
Może potrzebowałam czegoś takiego spokojnego, na swój sposób pogodnego, co pozwoli mi się odprężyć, odpocząć psychicznie. Z pewnością na długo zapadła mi ta pozycja w pamięć, zmusiła do przemyśleń, weryfikacji planów życiowych. Dzięki temu w mojej głowie sporo się poukładało, nabrałam pewnej życiowej pokory, a równocześnie po raz kolejny dotarło do mnie, że życie mamy jedno, co się stało to się już "nie odstanie", a od "dziś" zależy nasze "jutro".
 Znalezione obrazy dla zapytania zanim się pojawiłeś

czwartek, 24 września 2015

Jeżycjada...

   I wszyscy już wiedzą o czym dziś napiszę, bo tę serię zna każdy. Mam do niej wyjątkowy sentyment, kojarzy mi się z najlepszymi latami mojej fascynacji książkami. Miałam ochotę i czas na czytanie, więc czytałam zawsze i wszędzie.
Koniec lat '80 i lata '90 to okres mojej nastoletniej beztroski. Wówczas tak nie myślałam, ale dziś patrząc z perspektywy dwudziestu lat, które minęły mogę powiedzieć, że mimo problemów, obowiązków, zbyt wcześnie osiągniętej dojrzałości z powodów rodzinnych, był to czas wspaniały. Wspominam tamte dni i widzę siebie na progu  życia: pełną optymizmu, wiary w powodzenie, entuzjazmu.
Wciąż jestem pogodna, wciąż mam entuzjazm, ale już nie pojawia się spontanicznie, muszę pracować nad sobą, a to nie zawsze łatwo przychodzi.
   W tamtym to cudownym czasie pierwszy raz zetknęłam się z książkami Małgorzaty Musierowicz i byłam nimi zachwycona. Autorka posługiwała się prostym językiem poruszając tematy dotyczące właśnie nastolatków wkraczających w dorosłość, zmagających się z problemami w szkole, domu, przeżywających pierwsze miłości. No przecież czytałam historie, które sama przeżywałam, widziałam siebie w roli Anielki, marzyłam o chłopcu, który jak Jurek Hajduk będzie chodził za mną krok w krok.
Dziś wróciłam do tych książek, w księgarniach pojawiły się nowe części, których nie czytałam (wówczas dotarłam do "Noelki"), choć nie jestem już nastolatką to czyta mi się świetnie, a przed oczami migają obrazy z tamtego okresu. Uśmiecham się sama do siebie i zastanawiam, czy te książki dla moich dzieci też będą takie fajne? A jeśli nie one, to co dzisiejsi nastolatkowie będą tak czytać jak ja kiedyś "Jeżycjadę"?
Znalezione obrazy dla zapytania jeżycjada

piątek, 4 września 2015

To, co zostało

   Skoro już wróciłam, to postaram się trochę nadrobić długą nieobecność. Dziś o książce, po którą sięgnęłam zachęcona prze polonistkę z mojej szkoły. Muszę się przyznać, że to moje pierwsze spotkanie z Jodi Picoult, i już autorka mnie zachwyciła. To pierwsza książka od dość dawna, która wyrwałam mnie z szablonowych polskich powieści kobiecych w stylu Kejt M, Magdaleny Kordel, czy Marii Ulatowskiej (po które, zresztą sięgam z przyjemnością, aczkolwiek co za dużo to niezdrowo).
Znalezione obrazy dla zapytania to co zostało   Zachwyciła mnie nie tylko sama fabuła, która jest dla mnie bardzo interesująca - uwielbiam okres II wojny światowej w literaturze, ale również analiza ludzkiej psychiki. Autorka po mistrzowsku przedstawia postać młodej Sage, która po wypadku nie może zaakceptować swego wyglądu, zamyka się w sobie, brnie w związek bez przyszłości i izoluje się od świata zewnętrznego. Analiza psychiki kobiety, tego czym się kieruje w życiu, z czego wynikają takie, a nie inne decyzje urzekła mnie swą prostotą, ale równocześnie gruntownym przygotowaniem pisarki.Zupełnie zaskoczył mnie obraz przedstawiony z perspektywy Josefa Webera - do tej pory znałam tylko "Rozmowy z katem", które przedstawiały by historię okupacji, holocaustu z perspektywy zaangażowanego w wydarzenia wojenne Niemca. W "To, co zostało" możemy obejrzeć wojnę oczami żołnierza, który będąc patriotą ma jednak inne poglądy niż jego przywódca, walczy ale, robi to wbrew sobie. Czytając zadawałam sobie pytanie jak ludzie do tego mogli dopuścić, z czego wynikało ślepe zapatrzenie w ideologię zupełnie niezgodną z ludzkim sumieniem, skąd Hitler wygrzebał tylu fanatyków, którzy zamordowali w imię czystości rasy miliony niewinnych ludzi?
   To świetna książka, zmuszająca do myślenia, do zastanowienia nad ludzkimi wyborami.Zaczęłam się zastanawiać, czy ja czasem nie oceniam ludzi kierując się pozorami, fałszywym obrazem zbudowanym na szczątkowych informacjach? Po przeczytaniu ostatniej strony, długo jeszcze myślałam nad pytaniami, które zawisły nierozstrzygnięte.

czwartek, 3 września 2015

Kuzynki Kruszewskie

   No i już po wakacjach. Miałam takie plany nie tylko czytelnicze, ale również dotyczące porządków w domu: miałam zamiar posprzątać generalnie u dzieciaków, podczas ich wyjazdu, miałam odgarnąć szafy. Nic mi się nie udało, głównie z powodu nawału obowiązków zawodowych (to pierwsze takie lato, że w pracy siedziałam do późnego wieczora - pracuję w szkole, więc wakacje to był taki luźniejszy okres, ale nie w tym roku). Autorem moich niepowodzeń domowych i rozrywkowych jest też niewiarygodny upał jaki w tym roku panował w lipcu i sierpniu. Po powrocie z pracy, gdzie mam pokój z oknami na południe, nie ma klimatyzacji i cały czas trwał remont, więc kurz, pył był wszędzie nie chciało mi się już ręką ruszyć, a co dopiero myśleć o porządkach, prasowaniu itp.
   Z czytaniem też było kiepsko, ale z końcem sierpnia co nieco nadrobiłam. Jakiś czas temu w mojej ulubionej składnicy taniej książki nabyłam dwie pozycje Andrzeja Pilipiuka, spodobało mi się wydanie i opisy zamieszczone na oprawie. Kupiłam, znalazłam im miejsce na półce i tak sobie czekały, aż po nie sięgnę. No i nadeszła ich pora, zmęczona fizycznie i psychicznie szukając czegoś przyjemnego po kolejnej książce Folletta, trafiam na "Kuzynki". Nie czytałam wcześniej żadnej książki Pilipiuka, ale już wiem, że jeszcze nie raz po niego sięgnę. Historia kuzynek Kruszewskich to lekka i przyjemna fantastyka, doskonała w okresie totalnego wyeksploatowania czytelniczego. Nie wymaga nadmiernego skupienia, można w dowolnym momencie się oderwać od lektury, jednak gdy zaczęłam to fabuła mnie tak wciągnęła, że przeczytałam niemal jednym tchem. Prosta historia o nieśmiertelnych, wampirach i ich łowcach. Splecione losy 400-letniej nieśmiertelnej nauczycielki z historią średniowiecznego alchemika, który wymyślił skład tynktury - specyfiku, który zażywany regularnie zapewnia długowieczność oraz koleje życia młodej agentki CBA podane zostały przez autora w sposób lekki, zajmujący i bardzo przystępny. Czytało mi się rewelacyjnie, kanwa akcji zaskoczyła mnie swą "innością" od  historii o wampirach, które czytałam do tej pory.
Polecam Pilipiuka wszystkim, którzy zaczynają przygodę z fantastyką, ponieważ myślę, że nie zrazi nikogo do tego gatunku.
Znalezione obrazy dla zapytania A Pilipiuk Kuzynki

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Czerwiec...

   Już czerwiec, nawet nie wiem kiedy mi to zleciało. To był dla mnie trudny, ale zarazem satysfakcjonujący wielce rok. Moja córka już kończy czwartą klasę, niestety dobre wyniki musi wypracować, a samodzielna nauka jej nie wychodzi, więc mama musi poświęcać swój czas i zgłębiać materiał szkoły podstawowej. Niejednokrotnie jest to kilka godzin dziennie, ale warto było. Oceny ma niezłe, mam nadzieję, że kolejna klasa będzie już łatwiejsza.
Jednak ten pęd, pośpiech odbił się na moim zdrowiu, nerwy mi strasznie szwankują i zastanawiam się nad poradą lekarską. Brakuje mi czasu dla siebie, brakuje mi odpoczynku, relaksu. Zdarza mi się marzyć o chorobie, która złoży mnie na kilka dni w łóżku, tak aby nikt ode mnie nic nie wymagał.
   No to koniec narzekania, nadchodzą wakacje więc nadrobię czytelnicze braki. Biblioteczka mi się powiększyła, a ja nie mam czasu dla książek. Wakacje może to zmienią, dzieci sporo czasu spędzą na wyjazdach, będziemy mieć czas - my rodzice dla siebie. Nadrobię tez recenzowanie i katalogowanie moich książek.
   

czwartek, 2 października 2014

Sosnowe dziedzictwo...

   Często zaglądam na stronę "Lubimy czytać", aby znaleźć coś ciekawego do czytania, mam też blogi o książkach, które czytam i wyławiam perełki. Często też "wącham książki" w księgarni i szukam czegoś dla siebie, uwielbiam zapach świeżej farby, gładką w dotyku oprawę, mam wrażenie, że to książka wybiera mnie, a nie ja ją. Zbieram tytuły w głowie i powoli kupuję, znoszę do domu, zapełniam regały i cieszę się jak dziecko z każdej kolejnej pozycji, z półki, która się zapełnia. Przekładam, układam, kompletuję serie, pisarzy.
I tylko mąż patrzy podejrzliwie, bo skąd te książki na regale, którego jeszcze niedawno nie było w sypialni, czemu u dzieci w pokoju półka się zarwała, przecież tam pluszaki leżały (a co pod nimi :-)?
To moje szaleństwo i czasem się zastanawiam, czy któreś z dzieci będzie chciało tą moją bibliotekę? Bo na razie żadne z nich nie pała taką miłością do książek. No cóż, poczekamy - zobaczymy.
   Ostatnio dotarłam do prozy Marii Ulatowskiej, a szukając jej książek znalazłam "Sosnowy blog", który swym formatem bardzo mi się spodobał. Czytając inne blogi o książkach i nie tylko, nie zawsze chodzi mi o recenzje ze streszczeniem połowy fabuły. Ja szukam "tego czegoś" co zachęci mnie do sięgnięcia po daną pozycję, bo przecież przeczytam sama. I ten blog wydaje mi się właśnie taki, są tam wzmianki o książkach, ale nie ma streszczeń.
Znajomość z Ulatowską rozpoczęłam od "Sosnowego dziedzictwa", bo gdzieś znalazłam informację, że to jej pierwsza książka, więc postanowiłam rozpocząć od początku. 
Cóż, może nie jest to proza najwyższego formatu, ale na letni wieczór w altanie, z dzieciakami obok w trawie okazała się wyśmienita. Czyta się lekko, z zainteresowaniem śledzi losy Anny - dziedziczki Sosnówki. Fabuła nie zaskakuje, nie szokuje, ale wciąga swym spokojem, klimatem wiejskiej sielanki, co dla mnie, zabieganej matki, jest cudownie kojące. Lubię czasem takie babskie "odstresowywacze", a ta książka naprawdę odstresowuje. Nie jest to jednakże tylko "babskie czytadło", mnie osobiście urzekły postacie, zbudowane z pietyzmem sylwetki bohaterów. To prawdziwe studium nad ludźmi, pięknie pokazana pani Malinka, zachwycający Dyzio to ludzie, których spotykamy na co dzień. Też przeżywają swoje tragedie, wzloty i upadki, a pisarka, aby to przedstawić nie potrzebowała drastycznych opisów i porównań, mimo to udało się ukazać nie tylko sielankę, ale również szarą rzeczywistość.
   Będę sięgać po książki tej autorki, bo choć nie zwaliła mnie z nóg, to bardzo lubię taki styl literacki. To bajka dla kobiet, a która z nas nie marzy, nie chciałaby choć na chwilę znaleźć się w takiej bajce?